czwartek, 20 sierpnia 2015

♥ 1000 wyświetleń!!! ♥


Chciałabym wam tak bardzo podziękować za te tysiąc wyświetleń!
Może to się wydawać mało, ale ogromnie się cieszę, że wybił pierwszy tysiąc.
Szczerze mówiąc cieszę się jak głupia z tego tysiąca (o co możecie zapytać Klaudię-Aika'san bo ona to przeżywała razem ze mną, znaczy ja jej napisałam o tym) jestem tak szczęśliwa, że nawet sobie tego nie możecie wyobrażać.
Nie wiem czym sobie zasłużyłam na tak wiernych czytelników zwłaszcza, że nie posiadam talentu.
Jesteście cudowni, najlepsi. Lepszych czytelników nie mogłam sobie wybrać.
Te komentarze, które mi piszecie podnoszą moją samoocenę, która do tej pory była bardzo niska. Na początku nie dostawałam żadnych oznak, że wam się to podoba. Obawiałam się, że będę musiała zawiesić albo nawet zamknąć i nie kontynuować tego bloga.
Lecz zmieniła to jedna osoba, która mnie zaobserwowała a jest moim wzorem. Od razu napisałam do niej z podziękowaniami za zaobserwowanie, dostrzeżenie mojego beztalencia. Skakałam z radości co nie obeszło się bez ostrzeżenia mojej mamy, że pójdziemy do psychologa. 
Potem poznałam Klaudię, która stała się dla mnie najlepszą przyjaciółką a zarazem siostrą. Często piszemy ze sobą kiedy piszemy rozdziały na swoje blogi. Jestem jej i wam cholernie wdzięczna za to, że jesteście. Za to, że mnie wspieracie. Jest to dla mnie znak, że warto kontynuować tego bloga. Że warto pocić się przez dobre pare godzin, żeby napisać rozdział.
Dziękuje wam jeszcze raz ogromnie.
Buziaki i uściski ♥.
/J.

sobota, 8 sierpnia 2015

Rozdział dziewiąty





Piątek. Ostatni dzień tygodnia szkolnego. Szczerze mówiąc, pierwszy raz chciałam, żebyśmy chodzili do szkoły w weekendy. Kastiel stwierdziłby, że majaczę. Nie dziwię się. Sama sobie myślę, że to głupie, ale chciałabym spędzić więcej czasu z przyjaciółmi. Co prawda mogłabym do nich zadzwonić i się z nimi umówić, ale zwyczajnie nie chciało mi się. Każdy ma swoje dni lenistwa. Przynajmniej tak mi się wydawało, a jak nie to byłam jedyną dziewczyną, która umie porządnie wziąść się za leniuchowanie. Popcorn, ciepła herbatka, piżamka, maraton Teen Wolf'a i spotkanie z dziewczynami. O taak! Idealnie. Nie zważając dalej na moje poprzednie rozmyślania usiadłam do pozycji siedzącej. Ziewnęłam potężnie i podeszłam do szafy. Wzięłam ubrania i pobiegłam do łazienki. Umyłam się, przebrałam i uczesałam. Szybko zeszłam na dół gdzie zastałam moją ciocię.
   - Hej ciociu - przywitałam się.
   - Cześć skarbie - odpowiedziała mi - Wyspałaś się?
   - Powiedzmy, że tak. Pamiętaj, dzisiaj meble przywożą. Będziesz w domu?
   - Tak będę. A na ten cały bal ktoś Cię zaprosił?
   - Mhm, Simon też pójdzie znalazłam mu partnerkę.
   - Tak? Na pewno się ucieszy. Jak chcesz możesz zaprosić koleżanki, żebyście się mogły przyszykować.
   - Dzięki Titi! - krzyknęłam i ją mocno ucisnęłam.
   - Dobra, dobra puść mnie bo mnie udusisz - powiedziała ledwo - Masz tu śniadanie.
   - Dzięki.
   Zjadłam śniadanie z prędkością światła i pobiegłam wziąść torbę z książkami. Po chwili byłam już na dole. Schowałam klucze od domu i wyszłam z domu. Na podjeździe czekał już na mnie mój motor. Wsiadłam na niego, lecz go nie odpaliłam. Dlaczego? Zauważyłam rudą małpę, która na mnie się gapi i głupio szczerzy. Gdy już napotkał mój wzrok powoli szedł do mnie. Nie wiedziałam czemu on tu jest, zbytnio mnie to nie obchodziło.
   - Czego tu chcesz? - mruknęłam.
   - No, cześć Mia, jak się czuję, o tak dzięki wspaniale - odpowiedział sarkastycznie.
   - Po co przyszedłeś aż tutaj? To kawał drogi do szkoły, a ty nie masz po drodze.
   - Hmm, pomyślmy. Chciałem odwiedzić przed szkołą moją przyjaciółkę czy to źle?
   - Nie wręcz przeciwnie Kastielku.
   - Nie mów tak na mnie! - warknął.
   - Dobra, dobra sorry - uniosłam ręce, jakby miał do mnie strzelać - Więc?
   - Co więc? - zapytał z szyderczym uśmieszkiem.
   - Japier.. znaczy ty jesteś tak tępy czy tylko udajesz? - zapytałam.
   - Na twoje szczęście tylko udaję.
   - Jakoś nie przekonuję mnie to. Więc po co tu przyszedłeś?
   - No chciałem Cię podwieźć do szkoły - powiedział.
   - Okej, to gdzie jest twój pojazd? - zapytałam.
   - Siedzisz na nim.
   - Co? Mój motor?! O nie, nie!
   - Powiedziałaś, że dasz mi się kiedyś nim przejechać!
   - Ale to kiedyś akurat musi być dzisiaj?!
   - Tak musi.
   - Po co ja ci to mówiłam - mruknęłam pod nosem. - Dobra. Ale nie szalej zbytnio.
   - Jasne, szefowo - odparł z uśmiechem. Pierwszy raz widzę go się szczerze uśmiechającego. A niech mu będzie, taki dzień dobroci dla rudych małp. Jak się postara to więcej razy w roku będzie obchodził ten dzień, nawet nie wiedząc, że taki istnieje. Ruszył, zbytnio nie trzymałam się go mocno bo przywykłam do szybkich przejażdżek. A z resztą jakby chciał się ścigać ze mną z pewnością przegrałby. Kiedyś w dalekiej przyszłości powiem mu, że się ścigałam i, że trenowałam akrobatykę na motorze. Te zachwyty, te oklaski. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o pasję. Chodzi o to czy się chcę to robić. Bez przymusu i takie tam. Gdy tylko zsiedliśmy widziałam wściekłe spojrzenie jakiejś blondyny. Zaśmiałam się w duchu i uśmiechnęłam pod nosem co nie uszło bez uwagi Kastiela.
   - Co się śmiejesz? - zapytał wyraźnie zirytowany.
   - Widziałeś tą blondynę? - zapytałam rozbawiona - Jej mina wyrażała wszystko, haha.
   - Szkoda, że nie zauważyłem. Następnym razem uprzedzaj, że Amber idzie.
   - Po co? To Amber? - zapytałam.
   - Ta, trzeba będzie jej jakoś utrzeć jej spiczasty nos.
   - Szatan, nie człowiek. Ale podoba mi się.
   - Miło mi, haha - zaśmiał się - Tak w ogóle mam pytanie do ciebie.
   - Słucham Ciebie Kastielku - zachichotałam.
   - Czemu nie trzymałaś się mnie mocno podczas jazdy? Były ostre zakręty...
   - Wprawa. Jeżdżę od lat. - powiedziałam nie kłamiąc tylko nie mówiąc całej prawdy - Reszty dowiesz się w dalekiej przyszłości.
   - A daleka przyszłość kiedy będzie?
   - Nigdy, ciołku matołku.
Wtedy postanowiłam uciec prosto do szkoły. Wiedziałam, że jeśli tam zostanę to nie wrócę żywa, albo przynajmniej nie w całości. Na korytarzu spotkałam Lysandra i Rozalię.
   - Mia, skarbie pozwól tu na chwilę - powiedziała spokojnie Roza.
   - Aha, coś się szykuję - szepnęłam do siebie.
   - Cześć Lys - przywitałam się, wspięłam się do poziomu jego twarzy i pocałowałam w policzek. Na jego twarzy zauważyłam nie małe zdziwienie, a na policzkach powoli powstawał soczysty rumieniec.
   - Witaj, Mia - odpowiedział z uśmiechem.
   - Rozalio, o co chodzi? - zapytałam ciekawa.
   - Hmm, dzisiaj przyjeżdża twój brat? - odpowiedziała.
   - Tak, a co?
   - No.. mogłabym go poznać?!
   - Jasne, czemu nie. Jesteście przecież partnerami na imprezie - odpowiedziałam śmiejąc się.
   - Super! Lysiu też pójdzie!
   - Co czemu ja? - zapytał się zdziwiony.
   - Dotrzymać mi towarzystwa!
   - Dobrze, mam nadzieję, że to nie będzie problem, Mia? - powiedział.
   - Czemu nie, w trójkę będzie raźniej - odpowiedziałam z uśmiechem. Odwzajemnił go i postanowiliśmy iść wspólnie na lekcje polskiego. Tak jak zawsze usiadłam razem z Lysem w ławce. Nie obyło się bez śmiesznej rozmowy na karteczkach i bez zniewalającego uśmiechu białowłosego. Nie umknęło bez uwagi to Rozie, która siedziała z Kim ciągle coś szepcząc. Posłałam jej tylko groźne spojrzenie i od tamtej pory starała się nie rozmawiać z czarnowłosą. Choć czasami pokusa zwyciężała z Rozą i nie mogła się powstrzymać, żeby nie skomentować mojej relacji z Lysandrem. Czekaj, czekaj.. Jaka znowu relacja? Przecież mnie z nim nic nie łączy.. chyba. Cholera jasna! Czemu chłopcy z naszej szkoły muszą być tacy interesujący? Z jednej strony Lysander jest ideałem każdej dziewczyny, a z drugiej strony Kastiel, który ma charakter, który chcę poskromić. Ehh.. z tych zamyśleń obudził mnie sms. Tym razem nie od białowłosego ale od Rozy.


I jak? Jesteście razem?! Pisz, szybko!! 

Nie nie jesteśmy razem! Tylko rozmawiamy, co Ci przyszło do głowy?
Jasne, jasne. Ja wiem! Coś się kręci!
Roza, boże kochany. Nic się nie kręci. Lysandra traktuję jak brata, a on mnie jak młodszą siostrę. Choć ja jestem od niego starsza co jest mega dziwne.
Hej! Nie zmieniaj tematu! Kiedy Lysio jest z tobą, albo Cię widzi uśmiecha się. Ale jak jesteś z Kastielem kipi od niego wściekłością.
Może się tylko troszczy? Mówiłam traktuję mnie jak SIOSTRĘ! A nawet jeśli się w nim zakochałam to nie mam u niego szans! Każda go chcę, a on może mieć każdą!
Wtedy chciałam zapaść się pod ziemię. Wtedy zrozumiałam, że może faktycznie coś do niego czuję? Nie wiem, nie wiem. Ale wiedziałam wtedy, że pożałowałam tego co napisałam. Nie mal natychmiast dostałam kolejnego sms'a od Rozy o treści:
Czyli jednak! Kochasz go! YAY! Mia kocha Lysia! Mia kocha Lysia!
Nie napisałam tak! Napisałam "Nawet jeśli"! Wiesz, że to jest różnica!
Mnie nie wkręcisz. Założę się, że po balu będziecie razem.
Zacznijmy od tego, że ekhm Roza idę z Kasem. A wiąże się to z tym, że nie będzie mnie spuszczał z wzroku. Co za tym idzie nie ma szans, że porozmawiam z Lysem.
Coś się wymyśli, kochana. Coś się wymyśli. Spokojna twoja rozczochrana. Przygotuj się na rozmowę z nim. Jezu! Tak się cieszę! W przyszłości możemy zostać szwagierkami!
Roza.. błagam Cię. Nie jestem z nim i prawdopodobnie nie będę. Wątpię, że on do mnie coś czuję. Jestem zwykłą dziewczyną, a on jest ideałem każdej dziewczyny.
Hej! Mów za siebie. Moim ideałem jest Leo i nigdy się to nie zmieni. A z resztą nie jesteś zwykłą dziewczyną! Jesteś najwspanialszą przyjaciółką a co za tym jesteś miła i przyjacielska i do tego ładna. Każdy chciałby Cię mieć.
Dzięki Roza. Ale to tyle. Jestem najwspanialszą przyjaciółką i to tyle. Przyjaciółką, nie dziewczyną. A to jest różnica prawda?
No tak. Ale wy pasujecie do siebie! Znaczy jesteście jak ogień i woda, ale to was do siebie przyciąga! I to jest najpiękniejsze w tym wszystkim.
Dobra, okej. Koniec bo zaraz koniec lekcji.


Po tej wiadomości białowłosa już mi nic nie napisała. Chociaż nie skłamałam, żeby skończyć tą bezsensowną rozmowę. Bo faktycznie zostało tylko pięć minut do dzwonka. Kiedy skończyłyśmy pisać, zauważyłam, że Lysander mi się przypatruję. Wyglądało to tak, jakby chciał mi coś powiedzieć, albo o coś poprosić. Nie pytałam się go o co chodzi bo wiedziałam, że jeśli będzie chciał sam zapyta. Kiedy tak o tym myślałam przypomniałam sobie poinformować dziewczyny o przygotowaniach.

Wysłałam im wiadomości o takich samych treściach:


Zapraszam na przygotowania na bal. U mnie o godzinie szesnastej :3 Znasz adres, więc trafisz.

Mia <3.


Dostałam wiadomości typu: "Okej, super cieszę się!", "Już się nie mogę doczekać!". Czytając te wiadomości usłyszałam głos Lysa nad sobą.

   - Cześć - powiedział z czarującym uśmiechem.
   - Hej - odpowiedziałam mu również uśmiechem. - Co tam?
   - Nic, chciałbym cię o coś poprosić - odparł.
   - Jasne, słucham.
   - Chciałbym, żebyś zaśpiewała jedną piosenkę na balu.
   - Że co?! Ja?! Ale ja nie mam talentu, tylko się ośmieszę...
   - Mia, ty masz talent, tylko nie chcesz się przyznać.
   - Chciałabym w to wierzyć. Dobra zaśpiewam.
   - Kurde, zapomniałem o dzisiejszej próbie.
   - Oj Lysiu, Lysiu ty to własnej głowy zapomnisz. A jeśli tak bardzo jest ta próba ważna to możecie ją zrobić u nas.
   - Serio? Jesteś wspaniała, cudowna! Dzięki wielkie, Mia! - przytulił mnie mocno i okręcił kilka razy wokół własnej osi.
   - Hej, ja tylko pomagam przyjaciołom w potrzebie! - odpowiedziałam z uśmiechem.
   - Hej gołąbeczki, nie przeszkadzam? - zapytał głos z tyłu. No tak to Roza.
   - Nie, nie przeszkadzasz - odpowiedzieliśmy równo.
   - Na pewno? Bo jak chcecie to mogę iść.
   - Nie! Znaczy jak chcesz to zostań - odpowiedzieliśmy równo znowu.
   - Hej, czuje się dziwnie.
   - A ja się niby nie czuję dziwnie? - znowu odpowiedzieliśmy równo.
   - Przestańcie!
   - Ale jak? To nie moja wina, że Mia/Lysander mówi to samo! - znowu.
   - Kurde, idę stąd.
   - Nie idź! - krzyknęliśmy równo. - Rozalia!
   - Dobra, zostanę. Ale przestańcie!
   - Dobrze - odpowiedziałam. - Wreszcie. Przeraża mnie to.
   - Mnie też, nie jesteś sama - odparł Lysander. - Ale to nie oznacza, że nie jesteś wspaniałą partnerką do rozmów.
   - Ty też nie jesteś najgorszy - odpowiedziałam żartując. Ale od razu, gdy zobaczyłam smutną minę chłopaka odwołałam swoje słowa. - Żartowałam, głuptasie.
Na te słowa białowłosy się rozpromienił. Ale nie zrozumiałam jednego. Jak mógł pomyśleć, że źle mi się z nim rozmawia? Z nim mi się lepiej rozmawia niż z Rozalią! Tak to jest możliwe. Sądzę tak zwłaszcza wtedy kiedy nadaję mi o butach, o tym w kim się zakochałam i tak dalej. Lysandrowi tego co prawda nie mogę powiedzieć ale w każdej innej sprawie mogę mu zaufać i wiem, że mnie wysłucha albo doradzi. 
    - Dobra, idę szukać Kastiela, żeby powiedzieć mu, że próba jest u mnie - powiedziałam z uśmiechem.
   - Właściwie miałem właśnie iść do niego, wiec możemy iść razem - odpowiedział.
   - Dobra, ja idę pod klasę. Mia, Lysiu widzimy się na.. matmie. Ehh... - westchnęła.
   - Jasne jak słońce - powiedzieliśmy równo.
   - Mieliście przestać!
   - Wiemy! - odpowiedzieliśmy równo śmiejąc się. Wyszliśmy wspólnie na dziedziniec zaciekle rozmawiając o koncercie na balu. Zapewnił mnie a raczej poinformował mnie, że zajmuję sobie kilka tańców ze mną. Z chęcią się zgodziłam bo wiedziałam, że Kastiel to Kastiel, go do tańca nie zmusisz. A z własnej inicjatywy wątpię żeby to zrobił. Nie miałam zamiaru przesiedzieć cały bal na krześle patrząc jak inni się bawią. Nie wiedzieliśmy, gdzie się podział. Wpadłam na pomysł, że może być na dachu szkoły. Przecież to tam lubi chodzić. Postanowiłam nie wchodzić na piętro tylko tam się wspiąć. Nie to się robiło w gimnazjum czy podstawówce, hyhy. Było wysoko, ale wspięłam się po drzewie, gdzie Kastiel lubił sobie popalać. Na twarzy białowłosego było widać nie małe zdumienie. No tak pierwszy raz widzi mnie w akcji. Po jakiś pięciu minutach wspinaczki byłam już na dachu. Dałam znać Lysandrowi, żeby poczekał chwilę. Zobaczyłam tam opartego o ścianę czerwonowłosego. Najprawdopodobniej spał. Postanowiłam się zabawić. Podeszłam do niego najcichszej jak mogłam. Pocałowałam go i szybko schowałam się za małą budką.
   - Kto to do cholery?! - warknął.
   - Śpiący Królewicz się obudził, o jak miło - odpowiedziałam.
   - Kurwa, Mia wystraszyłaś mnie. Myślałem, że to Amber i, że muszę wziąść gumę.
   - Dobra, dobra. Informuję Cię, że od razu po szkole próba u mnie.
   - U Ciebie? A to czemu?
   - Bo mi się tak podoba. Idziesz czy nie?
   - Ta idę. Masz sprzęt?
   - Jasne, nie wierzysz we mnie? Jak zobaczysz moją piwnicę zdziwisz się oj zdziwisz kochaniutki.
   - Kochaniutki? Wymyślasz nowe ksywki?
   - Co nie podoba się? Mogę cię zacząć nazywać rudą małpą, ciołkiem i tak dalej.
   - Już wolę kochaniutkiego.
   - I tak nie obiecuję, że nie będę Cię nazywać rudą małpą to jest taka fajna ksywka. A zwłaszcza dla Ciebie.
   - Jesteś pewna tego co mówisz?
   - W stu procentach, ciołku.
Czas uciekać, znowu. Skoczyłam zwinnie na drzewo, zwisłam i zeskoczyłam.
   - Papa, ruda małpeczko - krzyknęłam na odchodne. Po małej wymianie zdań z czerwonowłosym razem z Lysandrem pomaszerowaliśmy z uśmiechami na twarzach do sali, gdzie miała się odbyć lekcja matematyki. Oczywiście z resztą jak zawsze usiadłam z białowłosym. Wtedy właśnie sobie zdałam sprawę, że prawie na wszystkich lekcjach siedzę z nim. Z wyjątkiem tych gdzie siedzimy sami. No tak, czyli siedzę z nim na każdej lekcji, gdzie tylko są dwa wolne miejsca. Genialnie. Chociaż mało mnie z nim łączy, lubimy ze sobą spędzać czas, rozmawiać. Wspieramy siebie np. w zakupach z Rozalią. Jeśli poprosi mnie, to Lysander ze mną idzie. A jeśli jego poprosi to ja idę z nim. Tak żeby nam się nie nudziło. Bo jak wiadomo, zakupy z Rozalią mogą być strasznie nudne. A zwłaszcza wtedy jak trajkocze jak katarynka nie dając dojść do słowa.
Reszta lekcji minęła dość spokojnie jak na tą szkołę. Poznałam słynną blondynkę Amber razem z jej świtą Li i Charlotte. Blondyna powiedziała, że mam zostawić jej "Kastielka" w spokoju. A ja ją zwyczajnie wyśmiałam. No cóż nie wiem czy dobrze postąpiłam. Ale czasu nie cofnę a z resztą nie chciałabym bo jej mina wygrała wszystko. Zrobiła się czerwona ze złości i chciała mi już przyłożyć, ale byłam szybsza i złapałam jej nadgarstek. Dała mi już spokój bo zadzwonił dzwonek na lekcje. Po zajęciach poczekałam na wszystkich. Pierwsi przyszli białowłosi i musieliśmy oczywiście czekać na szanownego pana Kastiela. Po jakiś 5 minutach zjawił się.
   - Witam młodzieży! - krzyknął czerwonowłosy.
   - Raczyłeś się stawić wreszcie - mruknęłam.
   - Aż tak za mną tęskniłaś? - zapytał rozbawiony.
   - Za twoim krzywym ryjem? Pewnie.
   - Powiedziała ta co ma prosty.
   - Czyli się przyznajesz, że masz krzywy? Oj Kastielku nie spodziewałabym się.
   - Ile razy Ci mam mówić żebyś tak na mnie nie mówiła?
   - Oj dużo Kastielku - odpowiedziałam na co Rozalia i Lysander zaczęli się śmiać. Uwielbiałam go wkurzać, a jeśli moim przyjaciołom daje to radość tym bardziej. - Dobra, dobra nie wkurzaj się bo złość piękności szkodzi. Chociaż...
   - Co chciałaś powiedzieć? - zapytał się zirytowany.
   - Oj no już. Chodźmy, jak wrócimy zrobię obiad.
   - Wiesz, że nie musisz? A nawet nie powinnaś? - powiedział Lysander.
   - Dla przyjaciół i Kastiela wszystko - zaśmiałam się.
   - Ej! Co mnie obgadujecie? - zapytał czerwonowłosy.
   - Skąd wiesz, że Ciebie? - odpowiedziałam.
   - Instynkt.
   - Macierzyński? - zaczęłam się śmiać. Po chwili dołączyli do mnie białowłosi. W takiej atmosferze pomaszerowaliśmy do domu. Przy moich przyjaciołach czułam, że żyję. Czułam się beztrosko w ich towarzystwie. Kazałam im poczekać w salonie i pobiegłam na górę. Zapukałam do pokoju mojego brata. Otworzyłam je.
   - Simik! - krzyknęłam i się na niego rzuciłam.
   - Meliś! Jak się cieszę, że Cię widzę! - odpowiedział. - A teraz poproszę obiad.
   - Haha, lepiej powiedz jak ci się podoba pokój!
   - Jest cudowny! Znaczy.. jest okropny.
   - Ranisz me serce. Chodź na dół poznam Cię z moimi przyjaciółmi.
   - Już sobie przyjaciół znalazłaś? Szybka jesteś.
   - A jak. Nie przyprowadziłam samych dziewczyn. Jest jedna i dwóch chłopaków.
   - No to dobrze. Już myślałem...
   - Ty lepiej za dużo nie myśl. Bo ci to zbytnio nie wychodzi. Choodź!
Wzięłam go za rękę i zaciągnęłam na dół. Weszliśmy do salonu. Przy stole siedzieli Roza i Lys, a na kanapie siedział spokojnie Kas. Postanowiłam go zaskoczyć, więc dałam znać reszcie, żeby się nie odzywała. Zrozumieli to i wykonali polecenie. Podeszłam do niego, objęłam jego szyję. A on przerzucił mnie przez ramię i przez co wylądowałam na podłodze z obolałymi plecami.
   - AAAA! - krzyknęłam zwijając się z bólu - Kurwa, Kastiel.
   - Jezu, przepraszam. - odpowiedział.
   - Nienawidzę Cię - powiedziałam zaciskając zęby. - A może ktoś by mi tak pomógł?
Jak na komendę wszyscy podeszli do mnie i pomogli wstać. Lysander podał mi rękę, dzięki czemu mogłam wstać. Jak się wyprostowałam coś mi strzyknęło w plecach. Przez co znowu zgięłam się w pół.
   - Może się położysz? - zaproponował Simon.
   - Nie. Przecież umrzecie z głodu, a z resztą mamy próbę. - odpowiedziałam.
   - To ja Ci pomogę z obiadem chociaż - zaproponowała Rozalia.
   - Byłoby miło, dzięki - uśmiechnęłam się do niej. - A wy możecie usiąść w salonie i włączyć telewizje. Potem weźmiemy się za próbę.
   - Nie. Potem to którejś z nas zrobi Ci masaż. - powiedział mój brat.
   - Ta, niby kto? Może ty? - prychnęłam i zaczęłam iść do kuchni. Po paru sekundach byłam już przy blacie zaczynając przygotowywać obiad dla gości. Wyjęłam potrzebne mi składniki. Po pół godzinie wszystko było gotowe.
   - Dzieeeeeci, obiad! - krzyknęłam rozbawiona.
   - Idziemy, mamo - odpowiedzieli chłopcy.
Wszyscy usiedli przy stole i wzięli swoją porcję na talerz. Po parunastu minutach wszystkie talerze były puste. Ślicznie podziękowali za poczęstunek i postanowiłam zaprowadzić wszystkich do piwnicy, gdzie miała odbyć się nasza próba. Ich miny były tak piękne, że chciałam je uwiecznić, ale nie miałam przy sobie aparatu, a telefon zostawiłam w pokoju brata. Tylko Lysander nie pokazywał aż tak wielkiego szoku jak Rozalia czy Kastiel.
   - To co zaczynamy? - zapytałam z lekkim rozbawieniem.
   - Jasne - odpowiedział białowłosy z uśmiechem.
Próba trwała godzinę. Pełen śmiechu i radości czas spędzony z nimi wynagrodził mi ból w plecach. Chociaż, gdy się śmiałam czasami chciałam przeklnąć wszystko i wszystkich. Kastiel musiał wcześniej wyjść bo musiał jeszcze wstąpić do domu nakarmić i wyprowadzić swojego psa. Białowłosi zostali u mnie jeszcze.
   - To co oglądamy jakiś film? - zaproponowałam.
   - Okej - odpowiedzieli wspólnie.
   - Tylko ostrzegam. Trzymamy z Simem i ciocią w domu tylko horrory.
   - Nie masz żadnego romansu? - zapytała zawiedziona Rozalia.
   - Niestety, moja rodzina nie z takich - odpowiedziałam. - A ty Lys nie masz nic przeciwko?
   - Nie, nie. Możesz puścić - powiedział.
Przesiedzieliśmy tak trzy godziny na oglądaniu filmów. Było przy tym dużo śmiechu i strachu. Po jakimś czasie zaczęło niemiłosiernie lać, więc zaproponowałam im nocleg. Rozalia zgodziła się od razu, a Lysander chciał jednak nie robić problemu i iść do domu. Lecz zagroziłam, że nie odezwę się do niego do końca życia, więc jednak mnie posłuchał i został. 
   - Simik! - krzyknęłam.
   - Tak Meliś? - odkrzyknął mi brat.
   - Dasz Lysowi jakąś koszulkę i dresy?
   - Spoko. Tylko niech tu przyjdzie to sobie będzie mógł wybrać. - odpowiedział.
   - Dzięki, jesteś wielki braciszku.
   - Wiem, wiem. A ty ten.. jesteś z nim?
   - No coś ty. Ja z ideałem Słodkiego Amorisa? Pomarzyć można.
   - Jak ja wkroczę do tej szkoły to ja zostanę ich ideałem.
   - Na pewno nie moim.
   - Na zawsze zostanie nim Lysander, co?
   - Mhm. Dobra ja idę po Lysia i zaraz wracamy.
Poszłam po białowłosego do salonu i kazałam mu iść do mojego brata. Z uśmiechem wymalowanym na ustach poszedł na górę. Wymieniłam się z Rozalią radosnymi uśmiechami i postanowiłyśmy przebrać się w piżamy i zrobić nam i chłopakom po kubku gorącego kakałka. Trafiłyśmy w dziesiątkę bo po wypiciu gorącego napoju chłopcy pogodnie się do nas uśmiechnęli. Z racji braku miejsca do spania Lys musiał spać z nami w pokoju. Zaproponowałam mu, żeby spał razem ze mną i z Rozalią na łóżku. O dziwo od razu się zgodził. Ułożyliśmy się w sposób taki, że ja spałam na środku, Lys po prawej stronie, a Rozalia po lewej. Koło drugiej nad ranem postanowiłam napić się wody. Zeszłam po cichu na dół i pomaszerowałam do kuchni. Wzięłam do ręki butelkę z wodą i zaczęłam powoli ją popijać myśląc o relacji mojej między Lysandrem. Nie miałam zamiaru robić jakiegokolwiek kroku bo wyszłabym na zdesperowaną nastolatkę. A przecież chciałam, żeby mnie traktował poważnie. Usiadłam na blacie i dalej rozmyślałam. Jednak coś mi to przerwało, a dokładniej usłyszałam jak ktoś schodzi ze schodów.
   - Hej - powiedział zaspanym głosem Lys. - A co ty tu robisz?
   - Napić się chciałam - odpowiedziałam z uśmiechem. - A ty?
   - Też chciałbym się napić.
Podałam mu butelkę i powoli zaczął z niej pić. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest bez koszulki. Jednak pod tym grubym płaszczem kryje się niezwykłe ciało.
   - A tobie nie jest za gorąco? - zapytałam z lekkim rozbawieniem.
   - Tak jakoś wyszło. Ciepło mi się zrobiło.
   - Mhm. Okej. To co idziemy spać?
   - Tak, ale poczekaj.
   - Hm?
Po tym pytaniu zaczął się do mnie powoli przybliżać. Kiedy był już blisko mnie włożył niesforny kosmyk włosów za moje ucho. Poczułam wtedy, że zaczyna mi się robić niesamowicie gorąco, choć jest szesnasty grudnia. Z każdą sekundą był coraz bliżej mojej twarzy. W pewnej chwili nasze nosy zaczęły się stykać. Musnął delikatnie mój kącik ust. Nie wytrzymałam tej sytuacji i wpiłam się w jego usta. Z każdym następnym momentem napierał na mnie coraz bardziej, ale z chęcią oddawałam każde pocałunki. Czułam niesamowite motylki w brzuchu. Nigdy tego nie poczułam. Pierwszy raz czułam się tak fantastycznie podczas pocałunku. Kiedy już zabrakło nam powietrza przestaliśmy. Stykaliśmy się swoimi czołami. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a ja się stałam czerwona jak truskawka. Dobrze, że była noc i nic nie widział. 
   - Em.. Idę spać.. - powiedziałam zmieszana.
   - Dobranoc - odpowiedział tak, że ledwo było go słychać.
Poszłam na górę i położyłam się. Byłam niesamowicie podekscytowana przez co nie mogłam zasnąć. Po jakichś 10 minutach usłyszałam jak wchodzi do pokoju. Położył się koło mnie. Otoczył mnie swoim ciepłem, dzięki któremu zasnęłam...

~*~
Coś dla fanów naszego kochanego Lysiaczka-pysiaczka-misiaczka. Osobiście po przeczytaniu jednego bloga postanowiłam Lysia na pierwszym miejscu.
Pozdrawiam i życzę miłego dnia ^.^




poniedziałek, 20 lipca 2015

Rozdział ósmy




Następnego dnia wstałam uradowana. Dlaczego? Miałam dokładnie trzy powody. Pierwszy to ten, że wreszcie idę do szkoły! Drugi, że mój kochany brat przyjeżdża. A trzeci to, że ciocia Titi wróciła. Nareszcie bo na prawdę brakowało mi jej smacznych śniadań, obiadów czy kolacji. Ale to nie było najważniejsze. Była również świetną towarzyszką do rozmów. Zawsze mogłam się przed nią wygadać i mówić jej wszystko. No może nie wszystko, ale większość. Darzyłam ją ogromnym zaufaniem, a ona chyba też mnie.

~*~


Pierwszym celem po wstaniu była oczywiście łazienka. Codzienne mycie się, uczesanie się i umalowanie było dla każdego rutyną. Znaczy miałam taką nadzieję. No oprócz chłopaków malowanie się, ale reszta to już raczej tak. Zrobiłam wyżej wspomniane rzeczy i zeszłam na dół. Zauważyłam, że nie ma nikogo, czyli ciocia jeszcze śpi. Ale należy się jej. Zajmowanie się młodą matką oraz dzieckiem to nie lada wyzwanie. Wtedy przypomniało mi się wydarzenie, które miało miejsce w wieczór kiedy ciocia wyjeżdżała. 


*RETROSPEKCJA*

- Mia! Jadę do przyjaciółki, bo zaczęła rodzić! Wrócę za kilka dni! - krzyknęła ciocia.
- Dobrze! Tylko dzwoń czasem i pozdrów ją ode mnie! - krzyknęłam równie głośno jak ona, a przy tym przestraszyłam Lysandra.
- Dobrze, będę dzwonić! Tylko nie zajdź mi w ciąże, bo nie chcę kolejny raz jechać na niespodziewany poród!
- CIOCIU!
W tej chwili oboje z Lysandrem spojrzeliśmy się na siebie i chyba pomyśleliśmy to samo "ONA OSZALAŁA".
- No dobrze, dobrze. To ja jadę, trzymaj się kochanie.
- Papa.
*KONIEC RETROSPEKCJI*

Na samą myśl o tym zdarzeniu uśmiechnęłam się pod nosem i zabrałam się za robienie śniadania dla siebie i dla Titi. Zdecydowałam się na gofry z bitą śmietaną i gorącą czekoladą. Prawdziwa bomba kaloryczna. Ale raz na jakiś czas można zaszaleć, prawda? Nagle usłyszałam kroki dobiegające ze schodów. Ciocia wstała.

- Ciociu, tu są twoje gofry - powiedziałam - ja idę na górę się przebrać. Smacznego.
- Dziękuje, słońce - powiedziała zaspanym głosem - idź, idź bo się spóźnisz.
Pobiegłam szybko na górę i wybrałam sukienkę z krótszym przodem, a dłuższym tyłem. A jeśli o buty postawiłam na koturny z ćwiekami z tyłu i po bokach.


Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, który wskazywał 7.20. Na szczęście zdążę i będę jeszcze przed czasem i będę mogła porozmawiać z przyjaciółmi. Zeszłam na dół, a tam siedziała Titi, która konsumowała swoje śniadanie. Spojrzała na mnie i oniemiała.
- Coś nie tak? - zapytałam - Powiedz, nie mów, że się ubrudziłam.
- Nie, nie - zaśmiała się - tylko zastanawiam się czy ty na pewno idziesz do szkoły.
- Tak, tak idę. Nie martw się. Zbieram się bo jeszcze chcę pogadać z przyjaciółmi.
- Dobrze, skarbie.
Wzięłam klucze oraz torbę i wybiegłam z domu. Wsiadłam na motor i odjechałam w stronę szkoły. Przypomniało mi się jak lubiłam się ścigać. Znaczy nadal lubię, ale boję się do tego wrócić. Miałam wypadek przez który leżałam w szpitalu przez tydzień. Po jakiś 20 minutach byłam już na szkolnym parkingu. Zdjęłam kask, odłożyłam go na swoje miejsce i pobiegłam na szkolny dziedziniec. Sama siebie zaskoczyłam, ponieważ jakimś cudem się nie przewróciłam. Co prawda miałam doświadczenie jeśli chodzi o bieganie w butach na koturnie, ale zdarzały się małe wypadki. Próbowałam znaleźć kogoś moim niezawodnym wzrokiem, ale nie mogłam. Bynajmniej nie mogłam znaleźć kogoś kogo chciałam. Oczywiście tym kimś kogo znalazłam był Kastiel. Gdy tylko napotkałam jego wzrok zaczął się głupio do mnie uśmiechać. Przynajmniej wiedziałam z jakiego powodu, ale ten powód nie napawał mnie dumą. Postanowiłam się tym nie przejmować i szukać dalej. Nagle zauważyłam charakterystycznie niebieskie i czarne włosy. Alexy i Armin! Uratowana!
- Hej chłopaki! - krzyknęłam. Odwrócili się jak na zawołanie.
- Cześć Mia! - powiedział niebieskowłosy - Jak się czujesz imprezowiczko?
- Nawet dobrze. Pierwszy raz cieszę się, że poszłam do szkoły.
- Jesteś pewna, że nie masz gorączki? - zapytał Armin, a ja tylko popatrzyłam na niego z zdziwioną miną - Widzisz majaczysz, a to jest jeden ze skutków gorączkowania.
- Jestem pewna - uśmiechnęłam się do nich, a czarnowłosy wyciągnął konsolę - Nowa gra? Będziesz mi musiał koniecznie ją pokazać.
- Pewnie, że Ci pokażę. A może nawet dam Ci zagrać.
- Och. Mam się czuć zaszczycona?
- Oczywiście, że tak! Jesteś pierwszą osobą, której dam moją kochaną żonę konsolę.
- Żonę? To musisz o nią bardzo dbać. Taki mąż to skarb - ale ja wypaliłam!
- No pewnie, że dbam i to bardzo.
- Dobra, dobra koniec o konsoli - wtrącił się Alexy - Powiedz, dziewczyno gdzie ty kupiłaś tę sukienkę?! Jest boska!
- Ah, dzięki - powiedziałam do niego z uśmiechem - niestety nie pamiętam. Moja pamięć sięga maksymalnie do ostatnich dwóch miesięcy.
- Szkoda. Tak w ogóle bardzo ładnie dzisiaj wyglądasz.
- Zgadzam się - powiedział Armin.
- Dzięki chłopcy - och, czułam, że się rumienię.
Nagle usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam tam Kena. 
- NO NIE! - skarciłam siebie w myślach.
- Cześć Mia - powiedział radośnie - Powiedz jak się czujesz?
- Bywało lepiej - powiedziałam bez entuzjazmu - A co tam u ciebie? - Było wyraźnie widać, że posmutniał.
- Ehh.. Wyjeżdżam.
- Co?! Czemu?! - pierwszy raz się tak przejęłam wyprowadzką kogoś kogo tylko lubiłam.
- Tata.. znaczy ojciec powiedział, że czas zmężnieć. Wysyła mnie do szkoły wojskowej.
- Nie, żeby coś, ale przyda Ci się to. No bo kto będzie mnie bronił, hę? - uśmiechnęłam się do niego bardzo szczerze.
- Masz rację - wtedy uścisnęłam go i rozpłakałam się trochę - Hej! Nie płacz! Nie będzie mnie tylko rok, może półtorej. Ale będę dzwonić, obiecuję.
- Dziękuję - szepnęłam do niego i westchnęłam.
- Dobrze, ja już muszę iść. Ojciec na mnie czeka. Do zobaczenia za rok.
- Do zobaczenia..
Wtedy patrzyłam się tylko jak odjeżdża. Poczułam dwie dłonie na swoich obojczykach. Wiedziałam, że to bliźniacy.
- Był dla Ciebie ważny, prawda? - zapytał z ciekawością w głosie Armin.
- Pomagał mi, gdy mnie poniżano - odpowiedziałam - mój były traktował mnie jak szmatę. A on mi pomagał...
- Przykro nam.. - odparli z wyraźnym współczuciem.
- Dobra, koniec tych smutków! Trzeba się cieszyć z tego co się ma!
- Normalnie słyszę Alexy'ego - mruknął pod nosem czarnowłosy.
My tylko z Alexy'm wybuchnęliśmy nie pohamowanym śmiechem. Rozeszliśmy się i każde z nas poszło w inną stronę. Jako jedyna poszłam w stronę sali A, gdzie miał odbyć się język polski. Z racji, iż moja szafka jest nie daleko tej sali skorzystałam z tego faktu i otworzyłam szafkę. Wzięłam zeszyt oraz książkę. Nagle zauważyłam małą, czerwoną i zwiniętą karteczkę. Rozwinęłam ją i zobaczyłam parę zdań.

"Idziemy dzisiaj na zakupy! Musimy kupić sukienki na bal.
Nie wykręcaj się, bo i tak Ci się nie uda.
Twoja Kochana Rozalia."

- To nie mogłaś zadzwonić? Napisać sms? Tylko pisać mi karteczki? - pomyślałam.
Miałam nadzieję, że te zakupy nie potrwają więcej niż dwie godziny. Niestety znając białowłosą wszystko było możliwe. Nawet to, że spędzę tam więcej niż dwie godziny. Łudziłam się z nadzieją, że jednak tak nie będzie. Nadzieja matką głupich... Postanowiłam znaleźć ją, ponieważ zostało jeszcze dziesięć minut do dzwonka. Damska toaleta, dziedziniec, klub ogrodników, sala gimnastyczna i szatnia... Nie było jej nigdzie! Przepadła jak kamień w wodę. Zdecydowałam, że nie ma sensu już jej dalej szukać i poszłam na język polski. Gdy weszłam do klasy jeszcze nauczycielki nie było, więc podeszłam do ławki Lysandra.
- Mogę się przysiąść? - spytałam z uśmiechem.
- Oczywiście, że tak - odparł ze szczerym uśmiechem.
- Wiesz może co się dzieje z Rozalią? Próbowałam ją dzisiaj złapać ale nie mogłam.
- Nie mam pojęcia. Może gdzieś się zaszyła, oglądając nowe gazetki?
- To jest bardzo możliwe - zaśmiałam się.
To był koniec naszej rozmowy, ponieważ nauczycielka weszła do klasy. Zaczęła czytać jakąś historię, a ja o dziwo słuchałam jej z pełnym zachwytem. Nie wiem co mnie tak zachwyciło, ale coś musiało wzbudzić moją uwagę. No cóż tak opowiadała, że lekcja się skończyła. Nie byłam zadowolona, ale co poradzę. Coś co piękne musi się skończyć. Schowałam rzeczy do torby i pobiegłam szukać Rozalii. No gdzieś ona musi być! Najpierw rozejrzałam się po korytarzu. Nie było jej. Potem zajrzałam do damskiej toalety. Jest!
- Rozalia! - krzyknęłam - Szukałam Cię wszędzie!
- Och.. Mia! - krzyknęła równie głośno jak ja - Przepraszam. Nie było mnie na pierwszej lekcji.
- To skąd?.. Skąd się wzięła karteczka w mojej szafce?
- Aa, Lysander Ci ją podrzucił. Poprosiłam go o to. Nie gniewasz się prawda?
- Nie, nie tylko się troszkę zdziwiłam. A z resztą dlaczego napisałaś mi karteczkę? Mogłaś napisać sms, zadzwonić?
- No ten.. Telefon wpadł mi do klopa...
- Hahahah - śmiałam się w niebo głosy - Serio? Hahah.
- Tak, serio. Nie śmiej się to był wypadek!
- Dobra, dobra! Chętnie pójdę z tobą na zakupy bo muszę jeszcze kupić parę rzeczy do pokoju brata.
- Ty masz brata?
- Lysander Ci nic nie mówił? Opowiadałam mu o nim.
- Najwyraźniej zapomniał. 
- W trakcie drogi troszkę ci o nim poopowiadam. Będzie tu jutro.
- Pójdzie z tobą na bal?
- Nie wiem, a może iść?
- No chyba może, zapytamy Nataniela, co ty na to?
- Okej, chodźmy.
Na szczęście, a może nie pokój gospodarzy był nie daleko. Gdy tam weszłyśmy zauważyłyśmy zabieganego blondyna i spokojną szatynkę. Widać było, że były to dwa przeciwieństwa w tej sytuacji oczywiście.
- Ekhm.. - zaczęłam - Nataniel, można?
- Tak, tak oczywiście - powiedział nerwowo - macie jakieś pytanie do mnie?
- Tak - powiedziała białowłosa - chodzi o bal. A dokładniej o partnera.
- Słucham?
- No więc czy partner/partnerka może być spoza szkoły? - zapytałam.
- Może być, ale musicie zapisać jego nazwisko.
- Oczywiście - powiedziałam i wzięłam do ręki długopis. Napisałam na małej karteczce Simon Brooks. Na co blondyn wytrzeszczył oczy.
- Spokojnie - powiedziałam śmiejąc się - to mój brat.
- To dobrze - skomentował z wyraźną ulgą - już myślałem..
- Ty za dużo nie myśl - odparła Roza - dobra, to my lecimy.
- Na razie - odparłam i razem z białowłosą wyszłyśmy z pomieszczenia. Poszłyśmy wspólnie na chemię i usiadłyśmy razem w ławce. Oczywiście nie mogłam się skupić bo kochana Rozalia zaczęła mi dukać nad głową jaką sukienkę powinnam kupić. Oj coś czułam, że to będą długie zakupy... Reszta lekcji minęła bezproblemowo, bez uwag i jedynek co wzbudziło pytanie u mnie co się stało z prawdziwą mną. W trakcie drogi do galerii zaczęłam opowiadać o Simonie. Na informacje, że mój brat ma takie same tęczówki jak Lys Rozalia zrobiła bardzo i to bardzo śmieszną minę. Coś w stylu "Are you fucking kidding me?". Zaczęłyśmy się wspólnie śmiać co oczywiście wzbudziło zdziwienie i zaciekawienie sytuacją przechodniów. W tamtej chwili przypomniało mi się, że mój brat nie ma z kim iść na bal.
- Rozalia! - krzyknęłam do niej, co ją wyraźnie przestraszyło - A mój brat? Z kim ma iść na bal?
- Nie może iść z tobą? - zapytała.
- Nie może, bo zostałam zaproszona już przez kogoś - powiedziałam bez zastanowienia.
- A przez kogo? - w jej oczach zauważyłam iskierki radości.
- Ehh.. no.. przez taką rudą małpę - odparłam śmiejąc się.
- Kastiela? - zapytała.
- Tak.. ale nie ważne. Co teraz zrobimy?
- Hmm.. Może iść ze mną? Leoś nie może iść bo ma jakąś ważną sprawę.
- Okej! Dziękuje Ci! Dupsko mi ratujesz!
- Nie raz Ci je uratuje! - krzyknęła zadowolona - O patrz! Pierwszy sklep!
- O niee.. - szepnęłam - zaczyna się piekło zwane shoppingiem z Rozalią...
- Mówiłaś coś?
- Nie, nie..
Tak jak już wspomniałam. Zaczęło się piekło zwane shoppingiem z Rozą. Weszłyśmy do ok. osiemnastu sklepów, przymierzyłyśmy ok. pięćdziesięciu sukienek. Wreszcie wybrałyśmy odpowiednie.


Zestaw Rozalii


Zestaw Mii

Przez całą drogę powrotną dziękowałam Rozalii za to, że zgodziła się pójść z moim bratem. Oczywiście nie zapomniałam o tym, że miałam jakoś udekorować jego pokój. Więc razem z białowłosą wstąpiłyśmy do paru sklepów meblowych. Wybrałam meble, farby oraz akcesoria do jego pokoju. Na mnie ciążyła odpowiedzialność jaką jest udekorowanie jego pokoju. Jednak to było nie lada wyzwanie, sprostać jego wymaganiom. Był jednak surowy pod tym względem, ale ja się tym nie przejmowałam bo wiedziałam, że będzie zachwycony. Pan ze sklepu powiedział, że meble przywiozą jutro rano, więc mam całe popołudnie i całą noc, aby pomalować ściany. Postanowiłam poprosić złotooką o pomoc, a ta bez wahania zgodziła się. Cieszyłam się bo oprócz jej pomocy będę miała jej towarzystwo. Lubiłam z nią spędzać czas czułam, że mogę jej zaufać i opowiedzieć o wydarzeniach minionego dnia. Wiedziałam, że będzie się cieszyć jak głupia, że Kastiel widział mnie w tej "uroczej piżamce", ale no cóż. Nie mogę być sztywna jak Nataniel i muszę się z śmiać z samej siebie. To jest śmieszne, ale nigdy nie miałam problemu, żeby to robić. Zawsze z dalszą rodziną puszczaliśmy filmy, gdzie ja mała Mia sikam do nocnika, czy gdzie tańczę i śpiewam. Albo poprostu się przewalam po pokoju. Zawsze byłam otwarta i lubiłam poznawać nowych ludzi. W tym liceum fakt było ich dużo. Ale za to jakie osobowości! Jeden buntownik, drugi sztywniak, trzeci nieśmiały, czwarty chłopak, który ciągle gra w gry, piąty rozrywkowy, szósty poeta. Nie no! Tylu ludzi o takich osobowościach jeszcze nie poznałam. Fajnie było poznać kogoś nowego z kim można byłoby na nowo poznawać świat. Na pewno życie wtedy jest o wiele ciekawsze i pełniejsze. Rozalia to mój taki modowy anioł stróż, który pomaga mi dobrać odpowiedni strój, a co najważniejsze dodatki. Pomaga mi również w sytuacjach codziennych takich jak nie wiem. Zakochanie się? Problemy w nauce? Nie no z tą nauką to trochę przesadziłam. Nie mówię, że Rozalia jest głupia czy coś, ale nie błyska inteligencją. Z resztą ja też. Po naszej ciężkiej robocie postanowiłam zaproponować Rozalii, żeby u mnie przenocowała i nie chodziła po nocach. Ta ponownie bez wahania zgodziła się. A mój wieczór został zapełniony babskimi plotami oraz radami...
-----------------

Dzięki Bogu! Skończyłam! Obiecałam Oli, że dzisiaj będzie miała co u mnie czytać więc proszę bardzo!
Życzę miłego dzionka oraz miłego czytania! :)

/J.

piątek, 17 lipca 2015

Rozdział siódmy cz.2

- Niee, dzisiaj nie.. - odpowiedział z ironicznym uśmieszkiem - może zaproponowałabyś mi coś do picia?
- Chcesz coś do picia, małpo? - powiedziałam.
- Tak chcę, planktonie.
Po tych słowach spojrzałam na niego z gniewną miną, ale odpuściłam. Skoro chce grać w moją grę, to zagrajmy...

~*~

Opuściłam salon i poszłam do kuchni. Z szafki kuchennej wyciągnęłam dwa kubki. Nalałam do nich soku wieloowocowego. Jak już wróciłam czerwonowłosego już nie było. No cóż, typowe. A zwłaszcza dla niego. Wypiłam dwie szklanki soku i powędrowałam na górę do mojego pokoju. Usiadłam i w spokoju przetrawiłam wszystko co się dzisiaj zdarzyło. Kastiel mnie przeprosił, pocałowałam Lysandra, Kastiel mnie pocałował. To było dla mnie zbyt dużo jak na jeden dzień. Zachowania czerwonowłosego wprawiały mnie w obłęd, ale również wiedziałam, że nie są szczere. Bynajmniej próbowałam tak twierdzić. Chciałam wierzyć, że jednak chociaż trochę mu się podobam. Ale nie wniknę do jego pustej główki i nie zobaczę co on tam ma. Czy cokolwiek tam ma. Było mi cholernie przykro. Postanowiłam, że wezmę sobie znowu relaksującą kąpiel i odpocznę. Zdjęłam ubrania i wrzuciłam je do kosza na brudne ubrania. Rozpuściłam włosy i zanurzyłam się w gorącej wodzie. Włączyłam sobie piosenkę i wsłuchiwałam się w nią. Odetchnęłam z ulgą, że to koniec tego męczącego dnia. Siedziałam tam z dobrą godzinę, oceniając stan mojej skóry. Była pomarszczona jak suszona śliwka. Ubrałam się w jednoczęściową piżamę i zeszłam na dół. Włączyłam telewizor i nagle usłyszałam, że ktoś próbuję otworzyć drzwi. Momentalnie wyłączyłam światło oraz telewizor i złapałam kij bejsbolowy, który ciocia podarowała mi, gdyby w razie co. Podeszłam do drzwi i czekałam aż włamywacz wejdzie. Otworzyły się drzwi, a ja w panice trzymałam ten kij jak głupia i czekałam aż się pokaże. 
- Cześć koch... - powiedziała... ciocia? - Boże, kochany! Tak się ze mną witasz?
- Przepraszam! O boże! Nie wiedziałam, że to ty! - powiedziałam z przerażoną miną - Jezu, przepraszam ciociu!
- Nic się nie stało, skarbie. Fajna piżama.
- Co? O tak. Dzięki. Może zrobię Ci coś do jedzenia?
- Dobrze, dziękuje.
- A czego moja kochana ciocia sobie życzy?
- Mam ochotę na spaghetti.
- Jasne jak słońce. Wreszcie będę mogła ci poopowiadać troszkę.
- Tylko nie za dużo, bo nie przyswoję wszystkich informacji na raz.
- Okej.
Skierowałam się do kuchni i wyciągnęłam wszystkie potrzebne składniki. Zaczęłam cioci opowiadać co się działo w mieście kiedy jej nie było. Oczywiście pominęłam to, że nocowało u mnie dwóch chłopaków. Zatłukłaby mnie. Na szczęście nie mam tak długiego języka tak jak Rozalia. Chociaż czasami chciałabym powiedzieć coś, czego nie chciałam. Ciocia przyglądała mi się z zaciekawieniem na twarzy. Wzięłam do ręki szklankę z wodą i zaczęłam pić.
- Może opowiesz mi o męskiej części twojego liceum? - na te słowa zaczęłam się krztusić. - No co? Powiedz.. Są jacyś przystojni chłopcy?
- Ciociu błagam cię.. Dobra chcesz odpowiedzi? - zapytałam a raczej stwierdziłam - Tak są. Ale traktuję ich jako przyjaciół.
- Mhm, rozumiem...
- No co? Odpowiedziałam Ci na to pytanie. Aaa.. Teraz ja mam do Ciebie pytanie, a raczej stwierdzę fakt.
- Słucham?
- Simon przyjeżdża.
- Dobrze, nie ma sprawy. Przygotowałaś mu pokój?
- Jutro się tym zajmę po szkole.
- Okej. Teraz zajmij się jedzeniem, bo mój żołądek nie wytrzyma i zacznie śpiewać serenady dla nas.
- Jasne, jasne. Już kończę.
Nałożyłam cioci jedzenie i odwróciłam się, aby jej podać. Nagle zobaczyłam, że koło schodów stoi Kastiel. Zaczął się głupio do mnie szczerzyć. No tak. Zapomniałam, że ubrałam tą śmieszną piżamę. No uznałam, że mam przejebane. Po pierwsze Kastiel mnie widzi w tej idiotycznej piżamie, a po drugie nie wyszedł z domu. W duchu przeklinałam tego idiotę, że jutro go zabiję. Wtedy go wskrzeszę i znowu zabiję. Czy tylko ja mam takiego pecha?! Przyszedł mi na myśl jeden pomysł. 
- Ciociu? A może zjesz na dworze? Dzisiaj jest taki ładny wieczór - ciągnęłam wierząc w cuda.
- Masz rację, zjem dzisiaj na dworzu - powiedziała, na co ja westchnęłam z ulgą.
- Chodź będzie szybciej jeśli wejdziemy drzwiami z kuchni.
- Dobrze, chodźmy.
Ciocia wstała od stołu, wzięła jeszcze gorące spaghetti i wyszła na taras.
- Wiesz co ja jeszcze pójdę do toalety i zaraz wrócę do ciebie, dobrze?
- Dobrze, słoneczko - uśmiechnęła się do mnie i zaczęła zajadać.
Zamknęłam drzwi od tarasu i zaczęłam iść wściekła w jego stronę.
- Co ty tu kurwa jeszcze robisz?! - zapytałam cicho, ale jednak chciałam krzyczeć, a raczej wrzeszczeć - Przecież poszedłeś sobie!
- Nie poszedłem, bo się nie pożegnałem. Chciałem iść, ale jak zobaczyłem cię w tej uroczej, a raczej śmiesznej piżamce to nie mogłem się powstrzymać - powiedział to zwijając się ze śmiechu.
- Dobra, teraz wynocha. Bo jak cie moja ciocia zobaczy, zabije mnie. A raczej nas. A z resztą dla ciebie to nie ma znaczenia.
- Jak to?
- Bo i tak cię jutro uduszę. Teraz nie mam czasu, więc na razie.
- Papa, krówko.
- Papa, małpko.
Westchnęłam z ulgą i zamknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do drzwi kuchennych prowadzących na taras i otworzyłam je. Zobaczyłam tam piękną blondynkę o złotych oczach, czyli moją ciocię.
- Już jestem - powiedziałam uśmiechając się do niej.
- Dobrze, to opowiadaj dalej...
Zaczęłam opowiadać jej o nauczycielach, dyrektorce i o co ciocia najbardziej prosiła, o chłopakach. Opowiedziałam jej o Lysandrze, Natanielu, Arminie, Alexy'm oraz tym nieszczęsnym Kastielu. Kiedy skończyłam, postanowiłam, że wreszcie porządnie odpocznę. Przeprosiłam ciocię i poszłam na górę. Wskoczyłam na łóżko i odetchnęłam z ulgą.


- Nareszcie koniec tego cholernego dnia...

-------

No.. To skończyłam! Rozdział siódmy już za nami! A raczej za mną, hyhy.
Dzisiaj się działo, oj działo. Wszystko pisałam na spontanie, więc jak to skończyłam byłam w niezłym szoku bo na prawdę mi wyszło. Bal zimowy powinien być za dwa najwyżej trzy rozdziały. To tyle, a i zrobię ankietę na temat którego chłopaka wolicie.

/J.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział siódmy cz.1



Kolejnego dnia czułam się już o wiele lepiej. Nie doskwierał mi już tak bardzo silny ból głowy. Na szczęście. Wzięłam gorący prysznic i poczułam się na tyle dobrze, że się ubrałam i się uczesałam. Byłam szczęśliwa, że już niedługo będę mogła iść do szkoły. Na prawdę siedzenie samej w domu jest baaardzo nudne. Nie to co wyjście z przyjaciółmi na miasto, to jest ekstra! Na prawdę mi tego brakowało. Chociaż nie mogłam narzekać na samotność. Moi przyjaciele obiecali mi, że każdego dnia będą do mnie przychodzili. Tego dnia postanowiłam, że pójdę z nimi na spacer. Był słoneczny i gorący dzień, więc czemu nie miałabym z niego nie skorzystać? No tak byłam chora, no ale jednak co raz lepiej się czułam. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu.
- Słucham? - powiedziałam do człowieka po drugiej stronie słuchawki.
- Cześć siostra! - powiedział mój kochany braciszek - Jak się czujesz?
- Simoon! Och jak się cieszę, że Cię słyszę! W tej chwili kuruje się.
- A co chora jesteś? No nie dobrze, bo chciałem przyjechać...
- Jak to?! Przyjeżdżaj drzwi są otwarte dla ciebie!
- Nie zarazisz mnie? Nie chciałbym być chory przez ciebie.
- Niee, to już końcowy etap mojej choroby. Cioci nie ma, więc myślę, że nie będzie problemu. A tak w ogóle kiedy przyjeżdżasz?
- No myślę, że pojutrze powinienem być.
- To super, przyszykuję dla ciebie pokój. Mam nadzieje, że Ci się spodoba.
- Na prawdę musisz się martwić - powiedział śmiejąc się - jestem wybredny jeśli chodzi o wystrój wnętrz.
- Na prawdę? A jak Ci pomagałam wybrać kolor farby na ściany? Szybko dałeś się przekonać, że zielony będzie odpowiedni.
- Miałaś farta i tyle. Tym razem nie będę taki.
- Zobaczymy. Dobra, brat idę bo muszę się przyszykować.
- A gdzie moja siostrunia idzie?
- Z przyjaciółmi na miasto, przejść się. Mam nadzieje, że to poprawi mi humor.
- Dobra, na razie, kocham Cię.
- No cześć, też cię kocham braciszku...
Rozłączyłam telefon i odłożyłam go na miejsce. Zeszłam na dół i usłyszałam głośne walenie w drzwi. - "Aha to Kastiel" - pomyślałam. Nie myliłam się.
- Cześć mała - przywitał się.
- Cześć duży - powiedziałam z uśmiechem - a gdzie reszta?
- Lysander powiedział, że będzie czekał już w parku, a Rozalii coś wypadło i nie mogła przyjść.
- Aha, okej - powiedziałam - idziemy?
- Jasne, prowadź.
Szliśmy przez jakieś 10 minut w ciszy. Całkowitej. Nie było słychać nawet żywej duszy. Zero. Nic. Czasami nie mogłam się oprzeć, żeby na niego nie spojrzeć. Ale wtedy przyłapywałam go na patrzeniu się na mnie, więc od razu moją twarz oblał soczysty rumieniec. Przed wejściem do parku szukaliśmy wzrokiem Lysandra. Pomyślałam sobie, że znowu zgubił notatnik i pewnie go szuka. Wyjęłam telefon i sprawdziłam czy nie napisał mi jakiejś wiadomości. Nie napisał, więc pewnie gdzieś w parku jest.
- Tam jest! - krzyknął czerwonowłosy.
- Faktycznie, ale nie musisz się drzeć stoję tuż za tobą - powiedziałam.
- Sorry, nie wiedziałem.
- Nie ma sprawy, przecież nie będę się za takie coś obrażać.
Kastiel się tylko uśmiechnął i pomaszerowaliśmy w stronę białowłosego. Trwało to chwilę zanim do niego doszliśmy. Niestety chłopak był w trakcie myślenia, więc musieliśmy go jakoś rozbudzić. Próbowaliśmy wszystkiego, ale nic. Ani drgnął. Wpadłam na pewien pomysł.
- Tylko nie wyobrażaj sobie czegoś - powiedziałam do czerwonowłosego. Ten tylko na mnie spojrzał ze zdziwieniem. Pochyliłam się do poziomu twarzy Lysandra i pocałowałam go w policzek. Zadziałało!
- Obudziłeś się - uśmiechnęłam się do niego - musiałam Cię pocałować, bo inaczej byś tak siedział i siedział.
- O-okej - widać było na jego twarzy rumieniec - tak w ogóle cześć wam.
- Cześć, cześć - powiedział Kastiel - muszę się tak zamyślać przy tobie to też mnie będziesz tak całowała.
- Mhm, jasne - powiedziałam - jak zasłużysz to będziesz dostawał buziaka na powitanie.
- No to fajnie, fajnie. Nie mogę tego schrzanić. Stary dasz mi jakieś potem rady.
- Jasne, czemu nie pomóc przyjacielowi - uśmiechnął się białowłosy do przyjaciela - to co? Idziemy się przejść?
- Jasne - odparliśmy razem z czerwonowłosym. Szliśmy i szliśmy tak przez 15 minut. Chłopcy rozmawiali o jakimś koncercie, czy czymś tam. Zbytnio mnie to nie interesowało bo w końcu nie należę do ich zespołu. Myślałam o przyjeździe brata. O tym, że będę musiała gotować. No, nie. Nienawidzę tego robić. Chociaż jak się człowiek przyzwyczai to zbytniej różnicy nie widzi. Myślałam również o cioci. Czemu ona się nie odzywa? Przecież obiecała. Mogłaby chociaż napisać smsa, czy coś w tym stylu. Poczułam coś wilgotnego na moim policzku. Aaa.. To tylko Kastiel mnie całuje. Wracając... WRÓĆ! STOP! Kastiel mnie całuje, co?! Spojrzałam się na niego ze zdziwioną miną.
- Oo, widzę księżniczka się obudziła - powiedział sarkastycznie czerwonowłosy.
- Sorry, mam dużo spraw na głowie - powiedziałam ze spuszczoną głową.
- Pomóc Ci w jakiejś? - zapytał się z troską Lysander.
- Niee, to nie są takie sprawy o jakich myślisz - odparłam - dużo poważniejsze. Ale nie ważne.. Co chcieliście skoro mnie "obudziliście"?
- Pytałem Ci się czy idziesz z kimś na bal - powiedział białowłosy.
- Nie, nie idę. Nikt mnie nie zaprosił, a z resztą nie mieli kiedy skoro byłam cały tydzień chora.
- Rozumiem. A to szkoda. Ja idę z Violettą - odparł i spojrzał na zegarek - O sorry! Ja muszę iść Leo pomóc w sklepie. Zajrzyj do niego kiedyś.
- Jasne - powiedziałam i po chwili już go nie widziałam.
- Odprowadzić Cię do domu? - zapytał się Kastiel.
- Czemu nie - uśmiechnęłam się i ruszyliśmy w drogę powrotną do mojego domu. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Dopiero pod koniec drogi odezwał się.
- A ten.. no.. - jąkał się - chcesz iść ze mną na bal?
Spojrzałam w jego stronę i się uśmiechnęłam.
- Jasne - odparłam - a to dlaczego ruda małpa mnie zaprosiła?
- Ruda co? Co żeś powiedziała?
- Nic, nic. To czemu mnie zaprosiłeś?
- Wiesz.. Amber będzie chciała mnie zaprosić, więc będę miał wymówkę.
- A kto to ta Amber?
- Ehh.. Szkoda gadać. Dziewczyna, która się we mnie zakochała. Jest plastikową lalą, więc nie ma co u mnie szukać.
- Jak można się zakochać w rudej małpie?
- W kim? - uśmiechnął się do mnie szyderczo. O nie.. Czas uciekać. Szybko pobiegłam w stronę domu. Próbowałam otworzyć drzwi na darmo!
- Nie ten klucz! Cholera! - krzyknęłam. Za późno złapał mnie, otworzył drzwi i zaczął łaskotać.
- Hahahah! Bła! Hahaha! Błagam! Hahahah! Puść! Hahaha! Mnie! Hahah!
- Zależy co będę z tego miał - uśmiechnął się do mnie zadziornie.
- Hahaha! Wszy! Hahaha! Wszystko! Hahaha! Zro! Hahaha! Zrobię! Hahaha! Tylko! Hahah! Mnie! Hahahah! Puść! Hahah!
- Wszystko powiadasz? - powiedział - Niech się zastanowię.. No dobra niech Ci będzie.
- Jezu, dziękuje Ci - powiedziałam do niego, próbując złapać oddech.
- No więc... - zaczął - powiedziałaś, że zrobisz wszystko..
- Oh? Tak powiedziałam? Przepraszam, ale przez śmiech miałam niedotleniony mózg - powiedziałam z łobuzerskim uśmiechem - Dobra teraz na poważnie. Czego ode mnie oczekujesz?
- Możliwe, że pewnego dnia będę potrzebował przenocowania u Ciebie..
- O co to to nie!
- Obiecałaś, że zrobisz wszystko.
Cholera, wpadłam. Kas dobrze wiedział, że jeśli mam honor to zrobię to. Pozwolę mu u mnie przenocować.
- Cholera jasna! - mruknęłam pod nosem - niech Ci będzie..
- No i widzisz od razu lepiej.
- Ale to nie jest ten dzień?
- Niee, dzisiaj nie.. - odpowiedział z ironicznym uśmieszkiem - może zaproponowałabyś mi coś do picia?
- Chcesz coś do picia, małpo? - powiedziałam.
- Tak chcę, planktonie.
Po tych słowach spojrzałam na niego z gniewną miną, ale odpuściłam. Skoro chce grać w moją grę, to zagrajmy...

----------------------------

No to więc, postanowiłam, że podzielę ten rozdział na dwie części z racji braku czasu. A chciałabym, żebyście mieli coś do poczytania.
Mam nadzieję, że napiszę drugą część jeszcze w lipcu, ponieważ wyjeżdżam.
Jest to bardzo prawdopodobne bo tam gdzie jadę jest internet, a biorę ze sobą laptopa, więc, więc powinien być!
Pozdrawiam i życzę miłego dzionka *-*.
/J.